 |
GŁOS
Przed moim oknem stoi drzewo, osobliwy zegar mego podwórka. Odkąd pamiętam ono zawsze trafnie pokazuje to, co pokazać potrafi. Czernią gołych i rachitycznie powyginanych gałązek uświadamia mi, że trwa zima. Gdy okrywa się białym kwieciem oznajmia wiosnę. Gdy otula się gęstą zielenią, wiem że lato.
Spoglądam przez okno i widzę, że teraz liście mego podwórkowego zegara rudzieją. Wkrótce stanie się wierzchem łysawy, jak nie przymierzając ja sam. Tak, to już jesień. Pora, w której najpełniej uświadamiamy sobie naszą z całym światem wspólną kruchość i przemijanie. Z jej melancholijnym apogeum, wypadającym zawsze w Dzień Zaduszny...
Wzruszam się spoglądając na moje podwórkowe drzewo. Wzruszam się zaglądając do kalendarza. Na kartach sprzed lat dziesięciu znajduję wiadomość, i dziś budzącą zgrozę: dziesiątego października roku dziewięćdziesiątego pierwszego w Krakowie zamordowany został Andrzej Zaucha. Piosenkarz.
Dziesięć lat to szmat czasu, ale przecież tylko wtedy, gdy zaciera się żywa pamięć i łagodzi ból. Kto przejdzie ze świata żywych na karty książek o historii, ten staje się przeszłością. I obchodzi nas tyle, co anonimowa ofiara spod Termopil. Bywają wszakże przypadki, gdy dziesięcioletnia perspektywa w najmniejszym stopniu nie zaciera niczego i niczego nie łagodzi. Gdy dziesięć lat nie likwiduje obecności kogoś, kto odszedł. W przypadku Andrzeja Zauchy stało się tak właśnie. Jakby wbrew naturze: po dziesięciu latach widzimy go wyraźniej, ostrzej, bardziej precyzyjnie. Słyszymy go równie często jak kiedyś. A nasz codzienny kontakt z nim stał się bogatszy o żal. Zaucha paradoksalnie stał się przez te dziesięć lat fizycznej swej nieobecności ważniejszy, przynajmniej o to cośmy sobie uświadomili, cośmy zrozumieli.
Śmierć Andrzeja Zauchy była przed dziesięciu laty sensacją z pierwszych stron brukowej prasy. Popularny piosenkarz zamordowany przez enigmatycznego Francuza! "Mąż zabija kochanka niewiernej żony!"- wrzeszczały dziennikarskie hieny. Na pogrzeb do podkrakowskich Batowic zeszły się tłumy rozplotkowanych bab, zjechali się też wszyscy, którym "wypada bywać". Ale gdym w owe dni po raz piąty czy szósty odebrał telefon (lub list, nie pamiętam) od nieznanego mi wcześniej wydawcy, by prędziutko złożyć do druku książeczkę o sprawie irytacja moja sięgnęła zenitu. Okazało się bowiem, że wszyscy potencjalni edytorzy chcieliby dostać sensacyjny opis śmierci artysty. Życie i dzieło, jakiego dokonał nie wydało się nikomu ważne. Śmierć jak najbardziej.
Nie ukrywam, że wszystkim wówczas odmówiłem. Mimo kolosalnego materiału (jeszcze bowiem za życia Andrzeja szykowałem na jego temat większą publikację), mimo kilkunastu godzin rozmów i wypowiedzi nagranych wśród przyjaciół w dniach tragedii. Mimo a może właśnie z powodu? wieloletniej zażyłości z bohaterem przygotowywanej książki. Odmówiłem.
Sensacja prędko wyparowała, ścierwniki z kolorowego gazetowego chłamu znalazły nowe tematy: kłopoty Pameli z silikonem, viagra dla kobiet, inteligencja Dzięcioła. Kogo by dziś interesował nieboszczyk sprzed lat dziesięciu? Nikt więc się (albo prawie nikt, ukazał się przecie koleżeńskim sumptem wydany album prywatnych fotografii) nie próbował zastanowić nad życiem człowieka, który co prawda został dziesięć lat temu zamordowany, ale wcześniej żył przecież trochę? A zwłaszcza nikt nie zapytał głośno: kim dzisiaj jest Andrzej Zaucha. Piszę śmiało "jest", nie "był": fenomen sztuki oraz cud posłusznej jej technologii sprawia bowiem, że po dziesięciu latach artysta jest równie obecny, jak był za ziemskiego swego żywota. W sklepach wciąż znajdujemy jego płyty, w jednej czy drugiej radiowej audycji (bynajmniej nie tylko zaduszkowej) usłyszeć możemy głos... Nie zamierzam tu, w skromnym felietonie analizować wartości muzycznych czy estetycznej odrębności jednego, nawet najbliższego memu sercu artysty. Fenomen Zauchy zwraca wszelako uwagę na szczególną, wielce charakterystyczną cechę popkultury, tego "kleju", co łączy mieszkańców globalnej wioski. Otóż, by istnieć w naszym popkulturowym świecie nie trzeba być w nim osobiście. Ładna buzia okolona lokami blond wystarcza by stać się współczesną ikoną. Konia z rzędem temu, kto zastanawia się dziś nad aktorskim kunsztem Marilyn Monroe, przyjmując za oczywistą obecność jej portretu, czasem (to dla inteligentów swoiste alibi) z podpisem Andy Warhola. Głos Elvisa też nie jest przecież żadną historią: on istnieje tu i teraz, zakonserwowany na wieki wieków. Podobnie głos Zauchy z całym zachowaniem proporcji dzisiaj jest. Jest. Czyżby dzięki technice (sound&vision!) spełniło się marzenie starożytnych: "non omnis moriar, multaque pars mei..."? Może rzeczywiście mieli rację mawiając: "ars longa, vita brevis"? Może... Szkopuł w tym tylko, że po tym, kto dzięki współczesnej technologii "nie wszystek umarł" pozostaje cząstka zaledwie. Na co dzień towarzyszy nam więc głos Andrzeja Zauchy, nie Zaucha cały. Mnie samemu, przyznaję, trudno to wyważyć obiektywnie. Przyznaję się przecież do długoletniej znajomości, zażyłości, nawet przyjaźni z Andrzejem. Mnie osobiście ciężko bez niego człowieka z krwi i kości. Przypominam więc sobie czasem jakieś epizody, bywa że ze sztuką mizernie związane. Jakieś kajaki na Wiśle, na których Andrzej jako krępy młodzik osiągał spore sukcesy. Jakieś amatorskie chałtury, w czasie których grał (tak mu się wtedy zdawało) na klarnecie. Wspominam też II Młodzieżowy Festiwal Muzyczny A.D. 1968, gdzie w "Dżamblami" i Basią Trzetrzelewską stawał po zwycięstwo. Przeglądam stare recenzje, chełpiąc się w duchu, żem jako pierwszy nazwał ten talent nad talenty. I uśmiecham się melancholijnie do wspomnienia pełnej zakłopotania reakcji, jaką zawsze reagował Andrzej na pochwały... Grzebiąc w starych fotografiach znajduję wciąż nowe wspomnienia. Wspólne "Famy", festiwale, koncerty, spektakle. I domowe pogaduszki. Na karteczkach, które zapisywałem codziennie koślawymi kulfonami, znajduję też kilka notatek sprzed lat dziesięciu. Pomagają przypomnieć: ulica Kasprowicza na krakowskim osiedlu Oficerskim stawała się już złotawa, gdyśmy we trójkę z Andrzejem i Zuzą gadali długo o życiu, oświetleni opadającym jesiennym słońcem. Było to trzy dni przed tragedią... Paradoks: na śmierci Artysty swego rodzaju "karierę" zaczął robić morderca. Nie dość zresztą, że morderca to beztalencie. Ale ów artystyczny impotent w więzieniu okazał się gwiazdą więziennej "reżyserii". Ścierwnicy mieli uciechę: w więzieniu reżyseruje, ajajaj, jaki dzielny zuch. Ostatnimi laty częściej pisano lub mówiono o zbrodniarzu, niż o ofierze (ofiarach bo przecie Andrzej nie został zamordowany sam). Morderca-impotent jedną ma niewątpliwą przewagę nad ofiarą: żyje. Zaucha tylko jest obecny. Raz na zawsze, nigdy i nic więcej. Morderca żyje. Może jeszcze coś zmienić. W miarę talentu oczywiście a pewien talent niewątpliwie ma. Do zabijania. W dziesięć lat po śmierci Andrzeja Zauchy rozrzewniam się niepokojąco. Nie pomagają płyty, z których śpiewa do mnie tu i teraz. I przy tej jesiennej, zaduszkowej okazji wspominam od razu innych kolegów i przyjaciół, których równie jak Andrzeja zbyt wcześnie zabrakło. Przechadzam się w myślach ścieżką bieszczadzką wraz z Wojtkiem Bellonem. Wymieniam się facecjami z Jonaszem Koftą. Gram koncert z Mietkiem Koszem. Z Markiem Kaszem piszemy do siebie listy. Świat pod zamkniętą powieką zaludnił się bardzo.
A wokół zgiełk i wrzawa. W show-businessie sztuka kopiowania tego co modne doprowadzona została do mistrzostwa. Festiwal kopii, czyli Sopot rozśmiesza lub zbrzydza, w każdym razie nie pozostawia obojętnym (i o to chodzi). Telewizja lakieruje brzydkiego i niedowcipnego amatora o nazwisku Daniec, i z uporem godnym lepszej sprawy lansuje kolczykowanego chama, broczącego obficie słowem "zajebiście!". Obowiązki kabaretu pełnią grupki zadowolonych z siebie dyletantów. Na estradach same blondynki i tenory. Świat toczy się dalej. Może to ponure, co sobie uświadamiam i co powiem: często lepiej mi w towarzystwie tych, którzy odeszli. Wolę pod zamkniętą powieką rozmawiać z Jonaszem i popijać piwo z Andrzejem, niż otwartymi oczy oglądać chamstwo triumfujące pod szyldem "Ich troje", czy czytać o bardzo przyjemnym mordercy, który "reżyseruje". Może to znak starości, ale może kwestia smaku? Więc uciekam od stadionów, amfiteatrów i sal, w których trwa kampania hałaśliwego klonowania tego co modne. Wolę po stokroć małe, prowincjonalne konkursiki, niewielkie przestrzenie artystycznych klubów, duszną atmosferę teatralnych widowni. Tam się zdarza czasem cud spotkania Człowieka. Minionego lata pojechałem więc do Sanoka na "Eurofolk" a nie do Mrągowa, gdzie po raz któryś odbywało się święto ryczącego kowboja. Ponad wątpliwe atrakcje Opery Leśnej w Sopocie przeniosłem wiejską zabawę na szkolnym boisku w Józefowie na Roztoczu, gdzie pod nogami zgrzytało szkło butelek po swojskim winie owocowym "Kozak nadbużański", w powietrzu dzwoniły komary, a nad głową rozpościerała się niebywała ilość roztoczańskich gwiazd. Wolałem "Oranżerię" w oranżerii pałacowej gdzieś na końcu świata, w Radzyniu Podlaskim, czy wzruszająco amatorskie spotkania ludzi wiernych pamięci miejscowych artystów Krawca i Fałkiewicza w Biłgoraju, niż gościnne występy w Spodku. Albo w zaciszu domowym, odgrodziwszy się od świata słuchawkami puszczam płytę.
W to apogeum jesieni, w czas Zaduszek sporządzam rachunek. Wychodzi zeń w sposób oczywisty, że jestem artefaktem. Muzealnym zabytkiem. Po prostu przynależę do świata wartości, nie do świata większości. Zaś cała współczesna "popkultura" opiera się na liczbach i liczebnikach, nie na przymiotach i przymiotnikach. Nie liczy się w niej niepowtarzalność, kunszt i inne "starocie". Liczy się ilość głosów oddanych "na listę", ilość biletów sprzedanych "na trasę", nakład płyt, masowa popularność okolicznościowych gadżetów. Obowiązuje regułą inżyniera Mamonia (tego z "Rejsu"): "jak mi się ma podobać coś, czego ja nie znam?". Ci wszyscy, którzy jak ja chcieliby posłuchać poetyckiego tekstu bądź nacieszyć się niepowtarzalnym brzmieniem jedynego na świecie głosu znaleźli się w mniejszości. I co prawda Konstytucja mniejszościom gwarantuje ochronę to podejrzewam, że mniejszości estetycznych to na razie nie sięga...
Dla naszej mniejszości jedyna rada: sound&vision. By posłuchać poety nastawiam więc płytę Bellona. Gdy chcę usłyszeć nietuzinkowy głos sięgam na półeczkę z nagraniami Zauchy. Chwała Bogu, że technika pozwala na złudzenie, iż to co odeszło nadal j e s t.
Za miesiąc drzewo, zegar z mego podwórka wyłysieje. Jesienna melancholia przejdzie. Miejmy nadzieję, że coś jednak zostanie. Głos.
Pamięć.
Jan Poprawa
|
|
 |