jeśli masz jakiekolwiek materiały które powinny się znaleźć na tej stronie napisz do mnie

 

Andrzej Zaucha - kariera przerwana 

"Trzeba robić to, co się lubi, i wtedy robi się to dobrze" - mawiał ponoć młody chłopak - Andrzej Zaucha. Z muzyką zetknął się jako 8-latek, kiedy to w zastępstwie za chorego ojca zasiadł do perkusji; powróci do niej po latach w zespole Czarty, potem w jazzowej grupie Old Metropolitan Band. Od dzieciństwa też śpiewał. "Jego ojciec uczył go grać na perkusji, mój brat uczył go grać na trąbce, a śpiewania w ogóle się nie uczył, bo od razu umiał" - powie już po śmierci Andrzeja jego mama. 

Dla muzyki zrezygnował z kariery sportowej w kajakarstwie (był nawet przymierzany na olimpiadę w Tokio). Był muzycznym samoukiem, ale nadzwyczajnie utalentowanym, co po raz pierwszy ujawnił pod koniec lat 60. jako wokalista grupy Dżamble, z którą zbierał nagrody m.in. podczas festiwalu "Jazz nad Odrą". Na jej płycie zagrali gościnnie: Urbaniak, Stańko, Muniak. Taki to był zespół. 

A później była grupa Anawa i znów płyta, z kompozycjami Jana Kantego Pawluśkiewicza. Potem wyjazdy na Zachód, granie na saksofonie i śpiewanie w knajpach, co też było znakomitą szkołą. Dopiero lata 80. sprawiły, że Andrzej Zaucha dotarł do szerszego grona słuchaczy, to dzięki piosenkom: "Jak na lotni", "Baw się lalkami", "C'est la vie - Paryż z pocztówki", "Bądź moim natchnieniem". 

"Był niewyedukowany muzycznie, ale natura zrekompensowała mu to w postaci niesamowitej pamięci muzycznej. Jego czas uczenia się arii operowych był 10-krotnie krótszy od wykształconych w Akademii Muzycznej ludzi" - powie o nim Jan Kanty Pawluśkiewicz, kompozytor m.in. wystawionej przez Krzysztofa Jasińskiego w Teatrze STU opery "Kur zapiał", w której Zaucha zaistniał tak, jakby był ukształtowanym śpiewakiem. I okazał się wybornym aktorem, obdarzonym vis comica, co potwierdził w spektaklach "Kur zapiał" II i musicalu "Pan Twardowski". Jak przyznawał reżyser Krzysztof Jasiński, Zaucha wniósł do spektaklu wiele pomysłów inscenizacyjnych. Występował obok doświadczonych aktorów - Edwarda Lubaszenki i Andrzeja Kozaka - i ani przez moment nie czuło się, że to gra amator. Owego talentu dowodziły i programy estradowe grupy Sami, czyli Zauchy, Andrzeja Sikorowskiego i Krzysztofa Piaseckiego. 

Występy w STU Andrzej Zaucha cenił sobie ogromnie, mówił o nich z dumą i radością, a na dowód tego podczas 25-lecia teatru wręczył Krzysztofowi Jasińskiemu swój saksofon, zaznaczając, że będzie go pożyczał jako Pan Twardowski. Na dwa dni przed śmiercią skończył jeszcze w działającym przy STU Studio Nagrań pracę nad płytą z kolędami wykonywanymi wspólnie z Haliną Frąckowiak, Alicją Majewską, Włodzimierzem Korczem... 

10 października, owacyjnie żegnany przez publiczność "Pana Twardowskiego", wyszedł z teatru po raz ostatni. Zginął 200 metrów dalej. 

W chwili śmierci, mając 42 lata, był wreszcie w takim momencie kariery, że wydawało się, iż wszystko przed nim. Ubolewał nieraz, że nie widzi tego ukochana żona Elżbieta, która w 1989 roku zmarła nagle. Dwa lata później ich córce Agnieszce przyszło pożegnać i ojca. 

WACŁAW KRUPIŃSKI 
Dziennik Polski 21.10.2006

 

 
 

Copyright & design by daltonptojekty 2002-