jeśli masz jakiekolwiek materiały które powinny się znaleźć na tej stronie napisz do mnie

 

Michał Gajec

Mały wielki człowiek

Do dzisiaj nie ma w Polsce artysty obdarzonego tak genialnym wyczuciem rytmu.


To już tyle lat, a wydaje mi się, jakby było wczoraj. Dzień 10 października 1991 roku na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Wracałem właśnie do domu ze spotkania z przyjaciółmi, kiedy usłyszałem w autobusie wiadomość o śmierci Andrzeja Zauchy. Czułem, jak nogi uginają się pode mną, a jednocześnie wbrew wszystkiemu miałem nadzieję, że to jakaś tragiczna pomyłka. Niestety, jeden z najsympatyczniejszych i najbardziej radosnych ludzi, jakich znałem został zabity. 

Twarz wujka Andrzeja na całe życie pozostanie w mojej pamięci. Wesołość, dowcip, dobre serce i natura typu "brat łata" to cechy, które najbardziej zapamiętałem. Potężnie zbudowany przy niewielkim wzroście sprawiał wrażenie misia o niezwykle pogodnym usposobieniu. Było to tym bardziej niezwykłe, że życie go nie rozpieszczało a największym dramatem była śmierć jego żony, Eli, w 1988 roku, równie tragiczna co niespodziewana. Do dzisiaj przechowuję w domowej kolekcji zdjęcia z dwudziestej rocznicy ślubu moich rodziców. Na fotografiach wśród wielu gości są także Zauchowie. 

To była - według relacji rodziców taka miłość na całe życie. Mieli tę przyjemność, że wystąpili w roli świadków na ślubie Andrzeja i Eli. O tym, jak bardzo wujek Andrzej był związany z ciocią Elą niech świadczy fakt, że gdy odeszła, stał się zupełnie innym człowiekiem. Zniknęła gdzieś jego rubaszność i radość życia. Często był smutny i powtarzał, że Ela wzywa go do siebie, załamał się. 

Były w życiu Andrzeja Zauchy jeszcze dwie miłości. Pierwszą z nich i najważniejszą była córka Agnieszka, która po śmierci cioci Eli stała się dla niego głównym "napędem" by nadal żyć, śpiewać i po prostu nie zwariować. Co do muzyki jedno jest pewne - poza rodziną stanowiła główną treść jego życia. Nikt tak jak on nie potrafił śpiewać standardów Raya Charlesa czy Barryego White'a. 

Do dzisiaj - twierdzę z całą stanowczością - nie ma na polskiej scenie muzycznej artysty obdarzonego tak genialnym wyczuciem rytmu, jazzowym feelingiem i umiejętnością odnajdywania się w niezwykle trudnym soulowo-rhythm & bluesowym repertuarze. Andrzej Zaucha posiadał wielki dar, genialną wręcz łatwość zapamiętywania najtrudniejszych nawet fragmentów wokalnych. Pozostałych muzyków w zespole wprawiało to w złość, bo jakże to: oni ćwiczą, godzinami szlifują swoje partie wokalne, a tu Andrzej śpiewa raz i osiąga ten sam efekt w ciągu kilkunastu minut. Jeden wszakże był z nim kłopot; o ile muzykę chłonął jak gąbka, o tyle tekstów uczyć się nie lubił. Był bezsprzecznie muzycznym geniuszem, a przy tym wszystkim - po prostu leniem. Być może wynikało to z faktu, że wszystko w muzyce przychodziło mu za łatwo, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że nie miał wykształcenia w tym kierunku - lecz zecerskie. 

*** 

Jak wielu artystów w latach 70. wyjeżdżał na Zachód często grając "do kotleta". W roku 1975 rozpoczął trzyletnią współpracę z zespołem "Mini Max", którego założycielem był basista Jerzy Piwowarski. Ulubionym instrumentem wujka Andrzeja były bębny, odziedziczył tę pasję po swoim ojcu perkusiście. Tym razem jednak głównie śpiewał, grał na saksofonie oraz kongach. Ilekroć rozmawiam z nim o tamtym czasie zawsze potwierdza jedno: było im bardzo ciężko. Pięciu młodych muzyków z Europy Wschodniej nie znających prawie zupełnie języka ani realiów świata zachodniego podjęło ogromne ryzyko. Przez pierwszy rok każdy z agentów muzycznych z jakimi się związali maksymalnie ich wykorzystywał. W jednym z niemieckich lokali o nazwie "Fauth" grali po 8 godzin dziennie, (a w weekend po 12) mając tylko dwie 15 minutowe przerwy i organizując 30 minutowe show. Już wtedy widać było u Andrzeja Zauchy duży talent aktorski, co zaowocowało później występami w teatrze "Stu". Zdaniem pozostałych członków formacji, pierwszy rok pracy na Zachodzie był najgorszym zawodowo okresem w ich życiu. Wynikała wszakże z tego pewna korzyść. Ponieważ wychodzenie "na zewnątrz" wiązało się z ryzykiem wydania dopiero co zarobionych pieniędzy, wszyscy jak jeden mąż siedzieli w piątkę we wspólnym pokoju (z prysznicem pośrodku) i słuchali płyt Raya Charles'a i Stevie Wondera, które kupował Andrzej oraz pianista grupy Andrzej Michalski. Stąd wzięła się u Andrzeja Zauchy jego fascynacja czarnym soulowym brzmieniem, a zwłaszcza Rayem Charlesem. 

Pomimo tak ciężkich początków "Mini Max" odniósł duży sukces.W 1977 roku grupa jako jedna z nielicznych formacji wywodzących się z Europy Wschodniej podpisała kontrakt z europejską siecią lokali tzw. Hazylandów będących własnością trębacza Hazzy Osterwalda, twórcy znanej na całym świecie kompozycji "Criminal Tango." Trzyletni okres współpracy z zespołem Jerzego Piwowarskiego umożliwił Andrzejowi poznanie gwiazd muzyki jazzowej w Polsce: Michała Urbaniaka i Urszuli Dudziak. Do spotkania doszło w niemieckiej miejscowości Tutlingen w 1977 roku i jak się okazało miało ono dla wujka bardzo istotne znaczenie. Jego zainteresowanie jazzem od tego momentu jeszcze bardziej przybrało na sile. 

Nie pamiętam by kiedykolwiek, przynajmniej do czasu śmierci cioci Eli, był zły, smutny czy miał chandrę. Radość i ogromne poczucie humoru prawie nigdy go nie opuszczały. 

*** 

Jego wielką pasją były duże samochody. W 1977 roku miał dużego, sportowego opla, nie zapomnę, jak bardzo się z niego cieszył. Mój ojciec wraz z kolegami odradzali mu zakup tego samochodu, bo po pierwsze był stary, po drugie z trudem mieściły się w nim 4 osoby i po trzecie palił jak smok. Andrzej jednak się uparł, że chce to auto, a jak już się do czegoś przekonał, to nie było sposobu, żeby go od tego odwieść. 

Już po kilkunastu kilometrach pierwszej jazdy okazało się, że w samochodzie wysiadł system hamulcowy. Niestety była to wigilia i wszelkie punkty serwisowe były zamknięte. Dzięki ogromnej determinacji udało się naszym muzykom jednak dojechać do oddalonego o 250 kilometrów miejsca kolejnego kontraktu używając wyłącznie hamulca ręcznego. 

Ta pasja do zachodnich samochodów została mu na zawsze. Jeździł m.in. volkswagenem busem, sześciocylindrowym renault 25, żółtym mercedesem 240 d. Choć samochody zawsze były leciwe i tak wolał jeździć nimi niż np. nową ładą. 

*** 

Wydarzeniem towarzyskim w Krakowie stał się zorganizowany przez Krzysztofa Jasińskiego w Teatrze "Stu" w 1988 roku benefis z okazji dwudziestolecia pracy artystycznej Andrzeja Zauchy. Siedząc w domu przed telewizorem i oglądając ten program zdałem sobie sprawę, że Andrzej nareszcie stał się gwiazdą muzyki rozrywkowej w Polsce. Miał na swoim koncie występy z "Dżamblami", zespołem "Anawa", jazzową formacją "Old Metropolitan Band" i Jarosławem Śmietaną. Czuło się, że Andrzej Zaucha od zawsze był stworzony do ambitnych "czarnych kompozycji". Niestety, Polska nie była miejscem, gdzie muzyk o tak znakomitych walorach głosowych mógł odnieść sukces w odpowiadającym mu repertuarze. 

Dopiero występ na festiwalu w Opolu w 1988 roku i "Alibaba" a później także inne melodyjne utwory zyskały Andrzejowi wierne grono słuchaczy. 

Ulubionym jego powiedzonkiem było "małe jest piękne" co jak myślę odnosił do swojego wzrostu. Był on zresztą przedmiotem wielu zabawnych anegdot zwłaszcza kiedy spotykał się ze swoim przyjacielem Piotrem Chmielewskim, (wielokrotnym mistrzem Polski w pływaniu) mężczyzną potężnej postury, któremu mieścił się pod ramię. Andrzej miał specyficzną budowę, niewysoki brunet był jednocześnie niezwykle jak na swój wzrost szeroki w ramionach - co było efektem jego sportowych zamiłowań i wielu lat uprawiania kajakarstwa. Był trzykrotnym mistrzem Polski w tej dyscyplinie sportu, miał szansę na olimpiadę w Tokio, ale miłość do muzyki ostatecznie zwyciężyła. Zdecydował się na granie w zespole muzycznym, ostatecznie porzucając sport. Całe życie był jednak bardzo sprawny fizycznie, świetnie pływał i jeździł na nartach. Był też rewelacyjnym kucharzem. 

Miałem okazję widzieć się z nim dosłownie kilka dni przed śmiercią, kiedy wraz ze swoją przyjaciółką Zuzanną Leśniak z teatru "Stu" przyszedł nas odwiedzić. Nikt z nas znających go osobiście nie spodziewał się tak tragicznego finału. Później, już po tej śmierci, dowiedziałem się o groźbach jakie kierował pod jego adresem człowiek, który go zabił. 

Był on mężem Zuzanny Leśniak. Ten francuski reżyser, nie cieszący się specjalną renomą w swoim środowisku, był chorobliwie zazdrosny o żonę. W niczym nie usprawiedliwia to faktu podwójnego zabójstwa - Andrzeja i Zuzanny - jakiego się dopuścił. Tragizm sytuacji jest tym większy, że kto jak kto, ale Andrzej Zaucha był jedną z ostatnich osób, jaką można było podejrzewać o próbę "odbicia" czyjejś żony. 

W ten sposób odszedł na zawsze człowiek, który nie miał i nie ma w dalszym ciągu następcy. Wielu świetnych muzyków jak Mieczysław Szcześniak, Ryszard Rynkowski czy Reni Jusis przyznaje, że spotkanie z Andrzejem Zauchą lub jego muzyką bardzo im pomogło. Słowa te szczególnie brzmią w ustach Ryszarda Rynkowskiego, jednego z najlepszych polskich artystów estradowych. 

 

Artykuł pochodzi z Gazety Krakowskiej z 2 listopada 2002 roku

 

 
 

Copyright & design by daltonptojekty 2002-