 |
Dziennik Polski, 12 października 2001
WACŁAW KRUPIŃSKI
10 lat temu zginął Andrzej Zaucha
Pamiętamy, Jędrek...
Najwyższy czas, by jakąś nagrodą czy stypendium jego imienia uczcić pamięć
o artyście, by wydać rozproszone nagrania, ukazujące wielki talent tego
wokalisty.
10 października 1991 roku zginął Andrzej Zaucha. Miał 42 lata, wreszcie godną
siebie pozycję artystyczną, plany i marzenia, wśród których jedno, o wyjeździe
do USA, właśnie miało się ziścić. Otaczało go wielkie grono przyjaciół
oraz jeden wróg. Ten, który go zabił.
Od tego czasu w moim kręgu znajomych już nie ma kogoś takiego, kto by tak
lubił ludzi jak Andrzej. On oprócz swego zabójcy nie miał wrogów. To był
człowiek, który wszystkich lubiła Z nim nie dało się plotkować o kimś w
sposób złośliwy czy dla tej osoby niekorzystny. Andrzej natychmiast opisywał
jej cechy pozytywne. Nikogo takiego już nie widzę, podobnie jak brakuje mi
Andrzeja wokalisty z takim "dołem" i tak zdolnego, który potrafił
nagrać piosenkę w kilka minut i od razu była to wersja idealna - mówi mi
Janusz Grzywacz, kompozytor musicalu "Pan Twardowski", w którym
Zaucha wspaniale wcielił się w tytułową rolę.
W ów tragiczny czwartek były to już 130. i 131. przedstawienia musicalu.
Zuzanna Leśniak, 26 - letnia aktorka, zagrała tego dnia Aniołka po raz
pierwszy. Po godz. 21 wyszli oboje z teatru, udając się na pobliski parking.
Tam czekał już jej mąż... Andrzeja Zauchę zabił na miejscu, aktorka zmarła
w szpitalu.
Andrzej Zaucha zastrzelony. Informacja podana przez RMF momentalnie obiegła
Kraków. Rozdzwoniły się telefony. Sam, pamiętam, kontaktowałem się z
Andrzejem Sikorowskim. Już wiedział. Na miejsce tragedii zaczęli przyjeżdżać
przyjaciele - muzycy jazzowi, piosenkarze... Żona Andrzeja Sikorowskiego
zobaczyła obok żółtego mercedesa - Zauchy bukiecik kwiatów. "To pewnie
było dla Maliny" - pomyślała. Malina, jak nazywają bliscy jej męża,
obchodził tego dnia urodziny. Andrzej Zaucha miał być jednym z gości.
Właściwie dopiero nagła śmierć unaoczniła wszystkim, że był krakowski
artysta jednym z najwspanialszych wokalistów powojennej Polski, kimś wyjątkowym.
"Trzeba robić to, co się lubi i wtedy robi się to dobrze" - mawiał
jako młody chłopak do wychowującej go ciotki. Z muzyką zetknął się bardzo
wcześnie; miał 8 lat, gdy zastępując chorego ojca zasiadł do perkusji, powrócił
do niej jako nastolatek w zespole Czarty, potem w latach 70 w jazzowej grupie
Old Metropolitan Band. Od dzieciństwa też śpiewał. "Ojciec uczył go
grać na perkusji, mój brat uczył go grać na trąbce, a śpiewania w ogóle
się nie uczył, bo od razu umiał" - powie już po śmierci Andrzeja jego
matka.
Dla muzyki zrezygnował z kariery sportowej w kajakarstwie górskim; był nawet
typowany na olimpiadę w Tokio, ale w tym czasie dostał propozycję gry w
zespole Czarty...
"W ciągu jednego dnia rzuciłem z hukiem ten cały sport. I nie żałuję"
- skomentuje po latach swą młodzieńczą decyzję. Na olimpiadę pojedzie do
Monachium - jako wokalista grupy Anawa.
Nie miał muzycznego wykształcenia (po przerwaniu nauki w liceum ukończył
dwuletnią szkole zecerów, dawni zecerzy "Dziennika .Polskiego" pamiętają
go z praktyki w drukarni), ale miał niebywały talent. Ujawnił go już pod
koniec lat 60. jako wokalista krakowskiej grupy Dżamble z którą zbierał
nagrody m.in. podczas festiwalu Jazz nad Odrą.- O poziomie grupy świadczą
muzycy, którzy wzięli udział w nagraniu jej debiutanckiej płyty: Michał
Urbaniak, Tomasz Stańko, Janusz Muniak. Już wtedy pokazał Andrzej wielkie możliwości
- świetną technikę improwizacji, lekkość wydobywania dźwięków, swobodę
w operowaniu frazą, barwą.
Później dał się namówić Janowi Kantemu Pawluśkiewiczowi by śpiewać w
zespole Anawa z którego odszedł Marek Grechuta. W ciągu dwóch tygodni
opanował trudny 1,5-godzinny materiał muzyczny. Z tego czasu pozostała płyta
z takimi utworami jak "nie przerywajcie zabawy" czy "Jak
linoskoczek". Po rozstaniu z zespołem Anawa został perkusistą Old
Metropolitan Band. Potem były wyjazdy z rozmaitymi muzykami na Zachód, śpiewanie
i granie w lokalach (w trzy tygodnie nauczył się grać na saksofonie, bo to był
warunek dostania kontraktu).
"Był niewyedukowany muzycznie, ale natura zrekompensowała mu to w postaci
niesamowitej pamięci muzycznej. "Jego czas uczenia się arii operowych był
10-krotnie krótszy od wykształconych w Akademii Muzycznej ludzi" - powie
o nim Jan Kanty Pawluśkiewicz, kompozytor wystawionej przez Krzysztofa Jasińskiego
w Teatrze STU opery "Kur zapiał". Tworzył "Kura..." - na
motywach poematu Wiesława Dymnego "Polski szynkwas żydowski" - właśnie
z myślą o Zausze.
"Zaangażowaliśmy gwiazdy Opery w Krakowie i Andrzej był w tym
gwiazdozbiorze gwiazdą najjaśniejszą" - będzie wspominał po latach
kompozytor. I opowie, jak to Zaucha, nie znając nut, biegle śpiewał jako Pan
Jasio trudne partie z towarzyszeniem 80-osobowego chóru i orkiestry
symfonicznej. A sam Zaucha powie o tym: "Spotkał mnie zaszczyt, że zostałem
zaproszony do udziału w niezwykle ciekawym przedsięwzięciu
artystycznym". A w 1989 roku, już występując w drugiej, kameralnej
wersji "Kura...", wyzna: "To ostatnio moja największa przygoda
artystyczna".
"Gdyby to ode mnie zależało, zmusiłbym Andrzeja Zauchę do stałych występów
w teatrze" - napisał recenzent po drugiej wersji "Kur zapiał".
A występował tam piosenkarz obok tak świetnych aktorów, jak Edward
Lubaszenko i Andrzej Kozak. I ani przez moment nie czuło się, że to amator pośród
profesjonalistów.
Ogromnie cenił sobie występy na scenie STU, na dowód tego podczas 25-lecia
teatru wręczył Krzysztofowi Jasińskiemu swój saksofon, zaznaczając, że będzie
go sobie pożyczał jako Pan Twardowski.
- Na początku jako aktor miał ogromną tremę, a zarazem był tak silną
osobowością, że uznałem, iż byłoby idiotyzmem dawanie mu zadań, które
miałby małpować, bo nie byłby prawdziwy. Podpowiadałem mu tylko, by
zastanowił się, po co to robi, by sam znalazł sobie jakiś kierunek i próbował
- wspomina początki pracy z Zauchą Krzysztof Jasiński. A potem...? - Po jakimś
czasie okazało się, że to, co wniósł Andrzej, było lepsze od tego, co sam
wymyśliłem. Po stu przedstawieniach zorientowałem się, że Andrzej w sposób
konsekwentny, ale i skromny, potrafił cały spektakl podporządkować swojej
wielkiej indywidualności artystycznej.
- Wszystko zaczęło się kręcić wokół Zauchy a Jasiński tylko stał z
boku, podkręcał wąsa i sympatycznie się uśmiechał. Bo to szło w dobrym
kierunku - doda Janusz Grzywacz.
A dodajmy, że okres pracy nad rolą w "Panu Twardowskim" był dla
piosenkarza ogromnie trudny; nagle zmarła ukochana żona.
To Zaucha - śpiewając, grając na saksofonie, fruwając pod kopułą sufitu na
wielkim kolorowym kogucie - sprawiał, że spektakl był znakomicie przyjmowany,
czego przejawem np. zwycięstwo w plebiscycie publiczności XXIX Rzeszowskich
Spotkań Teatralnych w 1990 roku.
Objawione w STU zdolności aktorskie i naturalną vis comica ujawniał też
piosenkarz w nagrywanych teledyskach i oczywiście na estradzie - np. z
Ryszardem Rynkowskim, gdy śpiewali "Baby, ach te baby"; wielka
szkoda, że nie zrealizowali pomysłu stworzenia polskich Blues Brothers. Albo w
programach kabaretowych z Krzysztofem Piaseckim, któremu zabawnie partnerował
w scence o Naskosie Janie, ratowniku Górskiego Ochotniczego Pogotowia
Ratunkowego. Bo Andrzej miał wielkie poczucie humoru, co ujawniał także
prywatnie.
- Przypuszczam, że gdyby tata nie był piosenkarzem - byłby komikiem - powie córka
Agnieszka.
Na szczęście dla nas został piosenkarzem, choć mozolnie piął się po sławę
i uznanie. Może dlatego, że był nazbyt zdolny, i w związku z czym śpiewał
wszystko? "Jeśli mnie o coś proszą i ja to potrafię, to chętnie się w
to angażuję. Bez względu na to, jaki to jest styl" - wyzna otwarcie.
Prawdą jest, że wiele piosenek było poniżej jego zdolności, ale też Zaucha
to nie jedyny przykład bezradności kompozytorów wobec najlepszych głosów.
Wybitny gitarzysta jazzowy Jarosław Śmietana powie z wyrzutem o Zausze, że
nie umiał znaleźć sobie jednorodnej stylistyki, że równie dobrze czuł się
w utworze "Pij mleko", jak "Body and soul". A zarazem
przyzna, że "Georgia on my mind" w interpretacji Andrzeja nie rozwijała
się, gdyż... już wersja z końca ląt 60 była dziełem skończonym.
To wspomniana piosenka "Pij mleko", skomponowana przez Ryszarda
Poznakowskiego z myślą o Zbigniewie Wodeckim, sprawiła, że w latach 80 o
Zausze usłyszał znów cały kraj. Wodecki, po przeboju "Chałupy welcome
to", nie chciał już tej piosenki, zasugerował Zauchę... I tak narodził
się przebój. Potem pojawiły się kolejne: "Baw się lalkami",
"Jak na lotni", "C'est la vie - Paryż z pocztówki",
"Bądź moim natchnieniem", "Leniwy diabeł".
Ale w sumie nie zebrał Zaucha ani wielu przebojów, ani wielu solowych płyt -
"Wszystkie stworzenia duże i małe" z piosenkami Tadeusza Klimondy do
słów Wojciecha Jagielskiego, składanka z 1987 roku "Stare nowe,
najnowsze", i, po śmierci, "Byłaś serca biciem" z kompozycjami
Jarosława Dobrzyńskiego do słów Zbigniewa Książka.
Fakt, Andrzej mógł śpiewać wszystko. I popowe hity, i jazz, i kolędy, które
kilka dni przed śmiercią nagrał z Włodzimierzem Korczem, Haliną Frąckowiak
i Alicją Majewską. To właśnie jako kolędnik miał lecieć za ocean...
Od 10 lat nie ma Andrzeja Zauchy, artysty i człowieka wyjątkowego. Ale czas
jest okrutny; giną w mroku zapomnienia przeboje, ulega erozji pamięć o samym
artyście. A przecież cenili go najlepsi, pracował z największymi
autorytetami. Czas najwyższy, by jakąś nagrodą czy stypendium jego imienia
uczcić pamięć o Andrzeju Zausze. A także, by zebrać rozproszone jego
nagrania i wydać w postaci kilkupłytowego wydawnictwa, które ukazałoby
niezwykły talent tego artysty.
A byłoby na nim co zgromadzić. Piosenki Dżambli i Anawy, rozmaite utwory do
filmu (przypomniane po śmierci Zauchy na płycie "Drzazgi") i sporo
nagrań dokonywanych z orkiestrą Zbigniewa Górnego, z którą zarejestrował
wiele piosenek tak solo (m.in. "New York, New York", "Zielono
mi"), jak i w duetach z Ewą Bem, Alicją Majewską, Mietkiem Szcześniakiem.
Bodaj Zbigniew Wodecki powie o koledze, że wiele nagrywał w duetach, bo miał
"kompatybilny głos". A jeszcze sesje z jazzmanami:.. A nagrania z
Andrzejem Sikorowskim i Piaseckim jako grupa Sami?
Przeglądam rozmaite wspomnienia o Andrzeju. Wszyscy - kompozytorzy,
piosenkarze, muzycy - podkreślają jedno: był niesłychanie zdolny, miał
genialną intuicję, absolutny słuch. Talent. Prawdziwa kariera dopiero się
przed nim otwierała. I mówią o cudownym człowieku - niezawistnym, życzliwym.
- Bardzo rzadko się zdarza, żeby w jednej osobie koncentrowało się tyle
sympatii, miłości, przyjaźni do świata, do ludzi, do życia. Był
"niezwykle radosny i jego radość udzielała się nam wszystkim, którzy
mieli przyjemność zetknąć się z nim w pracy czy towarzysko. Miał
przeuroczy uśmiech, który zwłaszcza w ciężkich momentach pracy zawsze
dodawał otuchy - to wspomnienie Haliny Jarczyk. Takich opinii można cytować
wiele.
W 10 lat po tragicznej śmierci Andrzeja - powtórzę - pora najwyższa, by właśnie
środowisko krakowskich muzyków i artystów estrady podjęło starania o
utrwalenie pamięci o nim. "Pamiętasz, Jędrek" - śpiewał niegdyś
w duecie z Andrzejem Sikorowskim. I o tę pamięć idzie...
W tekście wykorzystałem własne rozmowy oraz wypowiedzi z książki Małgorzaty
i Tomasza Bogdanowiczów ;,Andrzej Zaucha - krótki szczęśliwy żywot" i
programów TVP autorstwa Jana Sosińskiego i Krzysztofa Haicha. (Autor artykułu)
|
|
 |